|
O rejsie |
|||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
|||
|
Już po raz drugi młodzież naszego liceum miała okazję prze przeżyć żeglarską przygodę na pokładzie żaglowca szkolnego ”Pogoria”, biorąc udział w rejsie po Morzu Śródziemnym. Nie były to, jakby ktoś mógł pomyśleć, ”wczasy pod banderą”, kiedy to jesteśmy pasażerami obsługiwanymi przez załogę stałą. Tutaj my byliśmy załogą. Podzieleni na cztery wachty (grupy 10-osobowe) pełniliśmy wachty (czyli służbę) nawigacyjną, w kambuzie i bosmańską. A to wszystko przez całą dobę, niezależnie od tego, czy byliśmy w morzu, czy w porcie. Co to oznacza? Że trzeba było pomagać kukowi w przygotowywaniu posiłków, zmywać naczynia, sprzątać statek, myć pokład, szyć podarte żagle. Najważniejsze zadanie ma wachta nawigacyjna – to ona pod komendą swojego oficera odpowiedzialna jest przez 4 godziny za bezpieczeństwo żeglugi. Czyli steruje, pełni funkcję obserwacyjną ”na oku”, obsługuje żagle. Wyjechaliśmy z Krakowa w piątek 6 lutego, po 18 godzinach w autokarze dojechaliśmy do Genui, gdzie czekała na nas „Pogoria”. Pierwszy dzień na pokładzie to poznawanie żaglowca, nauka knagowania i buchtowania lin, a także wiązania węzła ratowniczego. Dla chętnych - a tych była zdecydowana większość – oswajanie się z wysokością i wchodzenie na reje. Każdy otrzymał pas asekuracyjny, czyli szelki, które uczyliśmy się poprawnie zakładać. Były niezbędne podczas wacht w warunkach sztormowych oraz podczas pracy na rejach. W niedzielę po przećwiczeniu alarmów wyszliśmy w morze. Ta pierwsza doba w morzu była dla bardzo wielu z nas najtrudniejszą w ciągu całego rejsu, a to za sprawą choroby morskiej. Odczuwa ją 90 procent ludzi, i u prawie wszystkich jej objawy mijają po pierwszych 24 godzinach w morzu. Jak to było u nas? Chorowali PRAWIE wszyscy. Na pierwsze ”morskie” śniadanie oprócz załogi stałej zeszło kilka osób. Jednym udawało się pełnić swoje obowiązki mimo choroby, co naprawdę wymaga samozaparcia, nieliczni, którzy chorowali ciężko, leżeli na pokładzie i zapewne chcieli być wtedy gdzie indziej, a nie na kołyszącym się żaglowcu. Ale choroba szybko minęła i mogliśmy cieszyć się żeglugą- pięknem wschodu słońca na świtówce, żeglugą przy pełni księżyca, rozgwieżdżonym nocnym niebem, jakiego nigdzie na lądzie nie uda się zobaczyć. Podczas naszego rejsu mieliśmy prawdziwie żeglarską pogodę, (dobrym żeglarzom życzy się silnych wiatrów). Poznaliśmy, co to silny wiatr dla żaglowca, poznaliśmy też żeglugę w trudnych sztormowych warunkach, kiedy to siła wiatru w porywach wynosiła 10 stopni w skali Beauforta, pokład zalewany był przez fale, do tego dochodziły coraz większe przechyły. W tych okolicznościach zrzucenie największego żagla, grota, było prawdziwym żeglarskim ”niedźwiedzim mięsem”, a ci, którzy brali w tym udział, długo będą mieli co wspominać. Żeglowanie to także odwiedzane porty. Naszym pierwszym portem było Portoferraio na Elbie. Urocze miasteczko, w którym chcieliśmy zwiedzić rezydencję i ogrody Napoleona. Niestety – zawinęliśmy do portu pół godziny za późno i muzeum było już zamknięte. Ale myślę, że ciepła słoneczna pogoda i piękne krajobrazy były wystarczającą rekompensatą. Z Portoferraio wyruszyliśmy na Korsykę i żeglując przy wiatrach o sile 8 stopni dopłynęliśmy do Bonifacio. Miasto położone jest na wysokim klifie, a piękno jego plaż trudno opisać – po prostu zobaczcie nasze zdjęcia! Następnym portem było wypatrywane przez wszystkich z niecierpliwością Monaco. Gdy wyszłam na wachtę o 8 rano, Monaco było widoczne jak na dłoni, przy pięknej słonecznej pogodzie i słabym wietrze wlekliśmy się z prędkością 2 węzłów. I kiedy już byliśmy bardzo blisko, wiatr w ciągu paru minut stężał do 6 stopni i okazało się, że przy takim wietrze nie da się wejść do portu i musimy płynąć do Imperii, która miała być naszym ostatnim portem. Rozczarowanie wszystkich było wielkie, ale tylko do chwili, gdy dowiedzieliśmy się od kapitana, że z Imperii można pociągiem pojechać do Monaco. Tak też uczyniliśmy. W sobotę, ostatnim dniu naszego rejsu, po wielu perypetiach związanych z kupowaniem biletów i po trzech przesiadkach dojechaliśmy do Monaco. Spędziliśmy tam pół dnia. Niektórzy wybrali się do oceanarium, inni chcieli choćby wejść do holu kasyna w Monte Carlo, byliśmy na wzgórzu, gdzie pałac książęcy i katedra, i skąd imponujący widok na cały port i okoliczne wzgórza. No i obowiąkowo – spacer ulicami, po których ściga się Kubica. A do tego słońce, kwitnące kwiaty, piękne ogrody – trudno było uwierzyć w SMSy z Polski o tym, że Kraków jest zasypany śniegiem. Tydzień to niedużo. Ale podczas tego tygodnia na ”Pogorii” można się było dużo o sobie dowiedzieć. Nie wiem, ilu uczestników tego rejsu wróci na morze, ale będą to ci, którzy lubią wyzwania, którzy czują satysfakcję z pokonywania własnych słabości i których urzekło piękno żeglugi ”gdy wiatr na wantach piosenkę gra, a żagle są tak białe”.
Donata Wajda
|
|||